Tajemniczy gość

Marta była bardzo zżyta ze swoją babcią. Gdy ta umarła, niezmiernie ciężko było jej zaakceptować fakt, że nie będzie mogła więcej prowadzić długich rozmów z babcią do późnych godzin nocnych jak to bywało dotychczas. Babcia za każdym razem przekręcała w odwrotnym kierunku obrotowe krzesło przy biurku Marty i siadała na nim kręcąc się delikatnie to w lewo, to w prawo, przy czym krzesło wydawało specyficzny pisk. To było babci ulubione miejsce w pokoju Marty. Po jej śmierci, Marta niejednokrotnie spoglądając na krzesło wybuchała niepohamowanym płaczem. Dni mijały, przybliżając dzień pogrzebu. Zdawał się on jakimś snem, Marta twierdzi, że zupełnie nie pamięta jego przebiegu. Dopiero powrót do domu z rodzicami po stypie uświadomił jej, że coś w jej życiu zmieniło się nieodwracalnie. Po prostu nigdy nie porozmawia już z babcią. Tej nocy zasnęła ze zdjęciem babci w dłoni i zaschniętymi łzami na zmęczonej twarzy. Gdy przebudziła się w środku nocy, zdała sobie sprawę, że czuje czyjąś obecność i co dziwne w ogóle jej ten fakt nie przeraża. Marta mówiła mi, że była zupełnie spokojna i przekonana, że blisko niej jest babcia. Było ciemno i nie widziała nic specjalnego wokół siebie, ale twierdziła, że nikt w tamtym momencie nie byłby w stanie jej przekonać, że babci nie ma blisko niej, uśmiechnęła się i zamknęła oczy próbując zasnąć. Wtedy usłyszała specyficzny pisk, jaki wydawało krzesło, gdy dawniej babcia beztrosko się na nim obracała. Gdy Marta przypominała sobie to zdarzenie nocne, czuła, że nieco ją to przeraża, lecz w tamtej chwili czuła, jak sama twierdzi zupełny spokój, radość, że babcia do niej przyszła i zupełny brak lęku. Gdy się rano obudziła, od razu przypomniała sobie, tę nocną wizytę, z lekką obawą spojrzała na krzesło, które…było odwrócone, tak jak dawniej, gdy siadywała na nim babcia. Marta wiedziała, że nikt poza babcią, nigdy krzesła w ten sposób nie przekręcał. Nie była już jednak, tak spokojna jak w nocy, przerażona pobiegła do sypialni rodziców. Opowiedziawszy zbudzonym gwałtownie ze snu rodzicom swoją historię nocną, zapowiedziała, że będzie od dziś z nimi spała, aż do czasu, kiedy zapomni o babci. Rodzice nie bardzo uwierzyli w historię Marty, twierdząc, że zapewne fantazjuje, jak każda nastolatka. Jednak, kiedy Marta spała z nimi przez kolejne kilka tygodni (mieszkanko było bardzo małe, więc nie mieli dokąd jej przegnać) uznali, że trzeba coś z tym zrobić. Wyrzucili krzesło obrotowe i dla świętego spokoju przemeblowali zupełnie pokój Marty, po czym w końcu udało się dziewczynkę namówić do powrotu. Marta w nowym pokoju czuła się zdecydowanie pewniej, ale i tak twierdziła, jeszcze przez kolejny rok, że słyszy czasami w nocy pisk krzesła obrotowego. Co dziwne jak twierdzi pozostała ta sama zależność, w nocy nie boi się tych zjawisk, czuje ciepło i pozytywną energię, rano budzi się spocona, przerażona i ląduje w pokoju, w którym śpią rodzice. Jednak sytuacja ta zdarza się coraz rzadziej, być może Marta coraz mniej wspomina babcię i babcia dzięki temu przygotowuje się na zupełne odejście, spokojna, że wnuczka, już nie opłakuje jej straty.

Paniczna ucieczka

Adrian – mój kolega z czasów dziecięcych, był bardzo sympatycznym, wesołym chłopcem, znaliśmy się dość dobrze. Wiedział, że interesują mnie próby nawiązania relacji i zrozumienia przejawów bytności pozaziemskich i szczerze z tego drwił. Z czasem poznał sympatyczną kobietę, ożenił się, założył rodzinę. Wciąż utrzymywaliśmy kontakty, ale niezbyt często, aż do dnia, w którym Adrian przyszedł do mojego domu około 2 w nocy i powiedział mi, że zwariuje jeśli nie opowie w końcu dziwnej historii, która mu się przytrafiła i tylko ja będę w stanie ją zrozumieć. Zaprosiłam więc niechętnie Adriana do mojego niewielkiego saloniku, zła, gdyż o 5 musiałam wstać i zebrać się do pracy. Sądziłam, że pewnie pokłócił się z żoną lub chce się poradzić w sprawie dzieci. Szybko zrozumiałam jednak, że sprawa jest poważniejsza niż się zdaje, Adrian był dziwnie poruszony i zupełnie zagubiony. Opowiedział mi o historii, która przytrafiła mu się jakiś miesiąc wcześniej i spowodowała, że jego życie przewróciło się do góry nogami. Jechał wtedy tą samą drogą powrotną co zwykle z Warszawy, Adrian jest naukowcem, więc często udaje się do Warszawy na konferencje, sympozja itp. Było już dosyć późno, a Adrianowi chciało się spać, stanął więc na poboczu, by odetchnąć świeżym powietrzem i wyciągnąć z bagażnika puszkę z napojem energetycznym. Nie była to bardzo odludna droga, nieopodal widoczne były zabudowania, więc przy świetle latarni Adrian udał się na tyły samochodu celem wydostania upragnionego napoju. Gdy wrócił do auta drzwi od strony kierowcy pozostawił otwarte. Była ta późna jesień, więc chłód go orzeźwiał. Zapragnął zapalić papierosa, wyciągnął już go nawet z paczki, jednak w tym momencie zapalniczka niefortunnie osunęła się w dół. W tym momencie Adrian zorientował się, że nie jest sam stała za nim postać mężczyzny dość wysokiego i dobrze zbudowanego kątem oka Adrian dostrzegał koszulę w kratę i dżinsy. Wystraszył się, że mężczyzna zapewne planuje go zaatakować skoro się nie odzywa i dlatego zbliżył się na tak nieznaczną odległość. Wiedział, że w tej sytuacji gwałtowne ruchy tylko rozjuszą napastnika, udawał więc, że najzwyczajniej w świecie sięga po zapalniczkę, zresztą uznał, że zapalniczka to wszystko co posiada, co mogłoby posłużyć do obrony. Jednak, gdy ponownie spojrzał kątem oka do tyłu mężczyzny już nie było. Rozejrzał się dookoła uważnie na tylne siedzenie i teren dookoła. Nie było śladu po mężczyźnie jakby rozpłynął się w powietrzu. Adrian czym prędzej zatrzasnął drzwi i z piskiem opon odjechał z tego dziwnego miejsca. Nie zatrzymał się już ani na krótki moment. Gdy dotarł do domu jeszcze raz uważnie obejrzał auto z każdej strony po czym udał się do domu. Nie mógł spać tej nocy, jednak jego racjonalny umysł podpowiadał mu, że albo miał halucynacje wynikiem zmęczenia, albo był tam jakiś miejscowy człowiek, który odszedł w niewiadomym kierunku, tylko którym, skoro nie było tam żadnych zakrętów, zakamarków, lasów, a nawet rowów. Dookoła szczere pola, pojedyncze drzewa i zabudowania jakieś 300 metrów dalej. Człowiek nie był w stanie oddalić się w przeciągu paru sekund. Adrian postawił na halucynację i uznał sprawę za zamkniętą. Jednak od tego czasu, choć nikomu nie przyznał się do zaistniałej historii zaczęły w jego domu dziać się dziwne rzeczy. Jego czteroletni wówczas synek zaczął miewać koszmary nieomal każdej nocy, a gdy Adrian z żoną próbowali dowiedzieć się, co śni się ich dziecku, malec tłumaczył, że to nie o sny chodzi, tylko o to, że ciągle ktoś przychodzi do jego pokoju. Dziecko żądało żeby nigdy nie gasić lampki i spało z latarką, tłumacząc, że jak znowu ktoś przyjdzie do jego pokoju, to pokaże to coś świecąc na to latarką. Oczywiście ani Adrian, ani jego żona nigdy tego czegoś nie zauważyli, aczkolwiek martwiło ich to, że kot którego posiadali, również dziwnie reagował, na pokój malca i miejsca, które wskazywał. Kot momentami niemożliwie miauczał przez całą noc, przez co nie sposób było zasnąć. Często jedynym rozwiązaniem było wystawienie go na klatkę schodową, tylko tam zachowywał spokój. Adrian wierzył, że to zbieg okoliczności i tłumaczył sobie, że zapewne ktoś w przedszkolu naopowiadał synkowi głupot, a kot zapewne ześwirował ze starości. Żył w tej świadomości, aż do czasu, gdy wybrał się z synem do babci (mamy Adriana), mieszkała na wsi, zaś droga prowadząca do jej miejsca zamieszkania prowadziła przez to miejsce, w którym Adriana spotkała, ta dziwna historia. Gdy przejeżdżali obok tego miejsca, chłopczyk nagle powiedział do ojca „zobacz tato, on tu stoi”, Adrian nie za bardzo zrozumiał o co chodzi, więc zapytał „kto stoi synku?”, wtedy dzieciak odpowiedział bez zastanowienia „no on, ten co był w moim pokoju”. Adrianowi ścierpły ręce na kierownicy, tłumaczył mi, że musiał zatrzymać samochód, bo inaczej spowodowałby wypadek, serce waliło mu jak młotem. Nie miał odwagi zapytać o więcej, bo gdyby chłopiec powiedział o czerwonej koszuli w kratę, to jak stwierdził obawiał się, że dostałby zawału. Gdy dotarł do domu swojej matki, postanowił zwierzyć się jej z całej tej sytuacji, gdyż coraz bardziej go to wszystko przytłaczało, a nie chciał martwić swojej żony. Postawa matki zdziwiła Adriana tym bardziej, gdyż kobieta zupełnie nie była zszokowana, uznała, że ten osobnik zapewne błąka się w tamtej okolicy próbując zrozumieć co się stało, dlatego podąża za osobami które napotka. Uznała, że musiał zginąć w niewyjaśnionych okolicznościach, może miał wypadek, albo ktoś zrobił mu krzywdę? Nie wiadomo. W każdym razie uznała, że najlepiej będzie jak Adrian poszuka nowego mieszkania pod wynajem, gdyż lepiej nie igrać z tym czego nie rozumiemy. Postąpił według porady matki i z wielkim trudem przekonał żonę do przeprowadzki. Szczerze wierzył, że, gdy to się stanie jego życie powróci do normy. Powiedział mi, że gdy zapytany przez kolegów z pracy o powód przeprowadzki wyznał prawdę, która wciąż nie dawała mu spokoju, ci o dziwo zamiast drwin z wariackich podejrzeń kolegi, przyznali, że w tym miejscu o którym mówi Adrian wiele osób spotykało się z bardzo dziwnymi, niewyjaśnionymi zjawiskami. Mieszkańcy pobliskiej wioski, twierdzą, że jest tam jakaś dziwna siła prześladująca żywych i nikt nie zapuszcza się w te okolice w porach nocnych. Nikt jednak nie potrafił wskazać zdarzenia w którym, ktokolwiek poniósłby śmierć. Adrian usłyszał też, że wiele osób przejeżdżając obok tego dziwnego miejsca widziało jakąś postać, najczęściej małej dziewczynki, która zupełnie znikała, gdy kierowcy zwalniali obawiając się, że widzą zbłąkane dziecko. Być może, te postacie ostrzegają przed niebezpieczeństwami lub faktycznie jak sądziła mama Adriana, błąkają się. Nie wiadomo. Niewątpliwym plusem tej historii jest fakt, że po przeprowadzce życie Adriana i jego rodziny wróciło do normy. Zasadniczo, gdy się widujemy powtarza mi, że uległ dziwnej panice, jego zdaniem zupełnie nieuzasadnionej.

Chłopiec z sąsiedztwa

Karolina, moja znajoma bardzo wytrwale poszukiwała domu na sprzedaż dla siebie i swoich trzech córek. Zdarzyły się w jej życiu dość trudne momenty, gdyż jej były mąż znęcał się nad nią i dziewczynkami i gdy wreszcie trzy lata wcześniej zebrała się na odwagę by się z nim rozwieść, niedługo po rozwodzie jej ukochani rodzice zginęli w pożarze domu. Karolina przeszła załamanie nerwowe, ale wiedziała, że dla córek jest jedynym wsparciem. Szczęściem w nieszczęściu było spore odszkodowanie, jakie otrzymała jako rekompensatę straty najbliższych i spalonego domu. Więc po upływie 3 bardzo długich i trudnych lat zebrała się na odwagę, by rozpocząć życie od nowa. Starałam się ją wspierać, gdyż zawsze darzyłyśmy się dość dużą sympatią, w wolnych chwilach opiekowałam się jej córeczkami i pomagałam jej szukać ogłoszeń domów na sprzedaż. Szczególnie spodobał nam się jeden z nich, był stosunkowo niedrogi i posiadał piękny ogród. Karolina oczyma wyobraźni widziała już dziewczynki wesoło baraszkujące, pomiędzy kwiatkami i krzewami owocowymi. Uwierzyła, że może rozpocząć życie od nowa. Zadzwoniła do mnie pewnego dnia z samego rana informując, że umówiła się na spotkanie w sprawie sprzedaży domu z przemiłą panią i czuje, że wszystko pójdzie jak z płatka. Po upływie godziny zadzwoniła ponownie, że niestety najwyraźniej nie zrozumiała się z właścicielką, bo na miejscu był tylko jej syn, zresztą przemiły i pogodny chłopiec, który chwilę z nią porozmawiał i nakazał podjechać ponownie około południa. Karolina mimochodem dodała, że on chyba nie chce sprzedawać domu, bo poruszył przy niej dziwną sprawę, ale warto wyjaśnić wszystko z właścicielką i ogólnie umówiłyśmy się wieczorem. Około 8 wieczorem Karolina zjawiła się u mnie ze swoimi córkami, była blada, przygaszona i jakby czymś bardzo zaniepokojona. Obawiałam się, że stało się coś złego, Karolina powiedziała mi tylko, że śpi dziś ze mną, bo do siebie boi się wracać. Nic z jej słów nie zrozumiałam, a ona uparcie milczała, aż do momentu, gdy jej córki poszły spać. Wtedy Karolina przytuliła się do mnie, gdy obie siedziałyśmy sobie na kanapie (nigdy tak wcześniej nie robiła) i zaczęła opowiadać, co jej się przytrafiło, drżała na całym ciele, w oczach miała łzy. Zresztą słuchając jej sama miałam ciarki, pozapalałam też światła w całym domu i odruchowo włączyłam telewizor. Obu nie było nam do śmiechu.

Oto historia Karoliny:

Tak jak mi to już opowiadała rano, gdy przybyła po raz pierwszy do domu, który zamierzała kupić przywitał ją syn właścicielki, niezwykle sympatyczny, radosny chłopiec, Karolinę rozbawiło jego zainteresowanie, gdyż chodził za nią krok w krok, jednak nie chciał wpuścić jej do domu. Chłopiec powiedział jej, że mama musiała na chwilę wyjść i wróci około południa. Kiedy Karolina zaczęła więc zmierzać w kierunku samochodu, przekazując chłopcu, że wróci w takim razie później chłopiec wciąż szedł za nią. Gdy wsiadała do auta powiedział jej, że wolałby, żeby nie kupowała ich domu, bo jego ojciec się w nim powiesił i nie da jej spokoju, jeśli się tam wprowadzi. Karolina puściła te słowa mimo uszu, jak stwierdziła, przecież dzieci często opowiadają niestworzone historie, jak nie chcą dopuścić do zmian, zaplanowanych przez rodziców. Uznała, że jej córki pewnie też wymyśliłyby podobne dziwaczne historie, by odstraszyć obcych. Zgodnie z radą chłopca wróciła do domu w godzinach popołudniowych. Tym razem chłopca przed domem nie było, zadzwoniła więc do drzwi i zgodnie z zapowiedzią otworzyła jej kobieta w średnim wieku, równie uśmiechnięta jak jej syn. Kobieta na przywitanie powiedziała Karolinie, że czeka na nią w domu od rana, na co Karolina tylko się uśmiechnęła pod nosem, nie chciała od wejścia donosić na syna właścicielki, że wpuścił ją w przysłowiowe maliny. Zaprosiła Karolinę do środka i zaproponowała herbatę. Karolina w oczekiwaniu na poczęstunek przyglądała się wystrojowi domu. Jego wnętrze było bardzo interesująco urządzone, piękne, masywne meble, w salonie przepiękny kominek. Wzrok Karoliny przyciągnął również chłopiec na fotografii stojącej na komodzie, dokładnie ten sam, którego spotkała rankiem. Zdjęcie było całkiem aktualne, gdyż od razu chłopca rozpoznała, przypomniało jej to historię męża właścicielki domu postanowiła się podpytać, by nie żyć w niepewności, że ktoś skończył z sobą pod dachem, pod którym zamierzała zamieszkać. Zapytała dość sprytnie, by nie dać poznać po sobie, że zna choć rąbek tajemnicy – Czy mąż Pani również jest zainteresowany sprzedażą domu? Na co właścicielka odpowiedziała jej bez żadnego zażenowania czy niepokoju – Jak najbardziej, może będzie miała Pani nawet okazję go poznać, pojechał na chwilę do sklepu, wróci niebawem. A to smarkacz! – przeszło przez myśl Karolinie, teraz upewniła się, że chłopiec ją kłamał, by zniechęcić do kupna domu. Tym razem uznała, że lepiej będzie jeśli matka pozna podstępne zagrywki swego dziecka, zwłaszcza jeśli Karolina zrezygnuje z zakupu, a chłopiec postara się odstraszyć innych kupców. – Zapytałam o Pani męża bo pewien urwis mi powiedział, że mąż Pani odebrał sobie życie w tym właśnie domu, przepraszam najmocniej, wiem, że nie powinnam wnikać w takie sprawy, ale jednak nie dawało mi to spokoju. Kobieta parsknęła śmiechem. – Nie proszę się nie obawiać, nikt nie zabił się, ani nie umarł dotychczas w tym domu, budowała go moja rodzina, więc znam jego historię, ludzie różne głupoty plotą, nie należy im wierzyć. Karolina odetchnęła z ulgą, wiedziała już, że może przejść spokojnie do kwestii sprzedaży domu – Dokładnie to Pani syn wcześniej mi takich głupot naopowiadał, przywitał mnie rano i powiedział, że Pani nie ma i żebym nie kupowała tego domu, bo jego ojciec się w nim powiesił. Ach te dzieci! – dodała w zamyśle Karolina, licząc, że rozmowa o dzieciach nawiąże nić porozumienia między matkami i uda się nieco utargować cenę. Jednak, w tym momencie kobieta spoważniała i spojrzała na Karolinę przeszywającym wzrokiem – Widziała Pani mojego syna? – zapytała. -Tak -odpowiedziała Karolina zupełnie spokojnie- tego samego co tu jest na zdjęciu, rano siedział na ławce przed domem, ogólnie był bardzo miły, tylko nie rozumiem czemu powiedział, że nie ma Pani w domu i te głupstwa o Pani mężu, ale dzieci opowiadają różne historie, sama mam trzy córki, więc proszę się nie przejmować. Kobieta patrzyła na Karolinę niespokojnie, wręcz z gniewem w oczach. Powiedziała – Niech Pani wstanie i podejdzie do zdjęcia i powie mi jeszcze raz czy widziała Pani mojego syna? Karolina zaczęła odczuwać niepokój, nie wstała, lecz odrzekła z przekonaniem – Proszę Pani mam dobry wzrok, a to zdjęcie jest całkiem aktualne, więc nie rozumiem w czym problem, Pani syn choruje? Nie opuszcza domu? Co w tym dziwnego, że z nim rozmawiałam? Kobieta siedziała w bezruchu, w pewnym momencie wstała i powiedziała bardzo szorstkim tonem – Proszę w tej chwili opuścić ten dom i nigdy więcej tu nie wracać! To co Pani robi jest obrzydliwe!- Karolina w tym momencie była zupełnie zdezorientowana, zaczęła się obawiać, że w tej rodzinie problemem są choroby psychiczne, a nie sprzedaż domu. Wstała, chwyciła torebkę i zaczęła kierować się do wyjścia. Kobieta szła za nią, jakby pilnując czy Karolina niczego po drodze nie ukradnie, dokładnie tak samo jak jej syn, gdy odprowadzał Karolinę, do auta – Proszę pozdrowić syna, był zdecydowanie milszy od Pani, pomimo tego, że naopowiadał mi tych dziwnych historii – rzuciła Karolina na odchodnym, wtedy kobieta ze łzami w oczach i niesamowitym żalem w głosie wykrzyczała: Mój syn nie żyje od pięciu lat, nie wiem kto Cię tu przysłał, ale natychmiast wyjdź i nigdy tu nie wracaj! Karolina poczuła, jakby ktoś uderzył ją czymś twardym w głowę, czuła mdłości i zawroty głowy. Zaczęła czym prędzej oddalać się od tego dziwacznego domu. Wsiadła w samochód i próbowała się uspokoić. Przyszło jej jednak do głowy, że zapewne Ci ludzie chorują na jakieś psychozy, przecież niemożliwe, żeby spotkała martwego człowieka. Gdy się uspokoiła, dostrzegła kobietę pracującą w swoim ogrodzie dwa domy dalej od dziwacznej posesji. Podeszła i zagadnęła czy zna historię syna ludzi od których chciała zakupić dom. Starsza kobieta powiedziała jej, że w domu tym stała się straszna tragedia, gdyż chłopiec utonął parę lat wcześniej podczas obozu letniego, gdzieś za granicą. Karolina tym razem nie przyznała się, że go widziała. Pobiegła czym prędzej do auta i uciekła spod tamtego domu. Długo nie mogła zrozumieć, jak mogło się tak stać, że spotkała chłopca nie żyjącego od 5 lat, a może to był jakiś kawał innego dziecka z sąsiedztwa, może faktycznie powinna się lepiej przyjrzeć zdjęciu chłopca ustawionemu na komodzie w salonie? Od tego czasu Karolina omijała to miejsce zawsze szerokim łukiem, chodziła też na egzorcyzmy do kościoła, panicznie bojąc się tego, że może wlecze się za nią jakieś zło. Obawiałam się trochę, że sfiksowała, na szczęście w okolicznej parafii potraktowano jej przypadek bardzo poważnie i udzielono jej pomocy. Myślę, że to jej pomogło, bo z czasem zapomniała o całym zdarzeniu, od którego minęło już ładnych parę lat. Kiedyś jadąc obok tego tajemniczego domu widziałam w ogrodzie młode małżeństwo z maleńkim dzieckiem, więc sądzę, że chłopiec nie nawiedził wszystkich kupców, skoro ktoś w końcu kupił dom. Nie rozumiem dlaczego coś tak dziwnego przytrafiło się akurat Karolinie, ksiądz twierdził, że była słaba po tragicznych przeżyciach osobistych i łatwiej ją było zaatakować nieczystym mocom. Dla mnie z historii Karoliny wypływało coś zupełnie innego, przecież chłopiec był dla niej miły, być może chciał ją przed czymś ostrzec. A może faktycznie, był to tylko żart, jakiegoś dziecka z sąsiedztwa, w który Karolina naiwnie uwierzyła? Nigdy nie wiadomo…

Rodzinny dramat

Marcelina miała zaledwie 15 lat, gdy pewnego lata wraz z matką udała się do pobliskiego miasteczka celem wizyty lekarskiej ze względu na utrzymujące się złe samopoczucie i podwyższoną temperaturę. Sytuacja zdarzyła się w połowie lat 80-tych, były to czasy, dla współczesnych nieco już abstrakcyjne, gdyż ludzie nie mieli jeszcze dostępu do nowoczesnej technologii, a posiadanie telefonu stacjonarnego, zwłaszcza na wsi, było szczytem możliwości komunikacyjnych (posiadali go nieliczni). Lekarz podejrzewał, że dziewczynce dolega grypa i przepisał bardzo popularny antybiotyk. Po wyjściu od lekarza, tak jak zwykle w takiej sytuacji, obie z mamą udały się do pobliskiej apteki i zakupiły wskazany medykament. Następnie dotarły na przystanek autobusowy, celem powrotu do swojego domu oddalonego od miasta o jakieś 10 kilometrów. Po powrocie do domu zażyła tabletkę i zgodnie z poleceniem lekarza udała się do łóżka by wypocząć. Mama Marceliny w tym czasie zajęła się obowiązkami domowymi nie przeczuwając żadnych przykrych zdarzeń. Po upływie mniej więcej pół godziny czasu od zażycia leku Marcelina poczuła, że coraz dziwniej się czuje, z trudem łapała oddech i zaczęła czuć dziwny ucisk w klatce piersiowej. Postanowiła wstać z łóżka i czym prędzej powiedzieć o tym mamie. Zeszła z trudem po schodach, nie mogąc zupełnie już złapać tchu – wchodząc do kuchni, nie była już w stanie wymówić choćby słowa. Na oczach matki upadła na podłogę, zaczęła się dusić, dostała drgawek, w okolicach warg i języka widać było spory obrzęk. Matka Marceliny była przerażona, nie miała zupełnie pojęcia co robić, jej mąż był wtedy w pracy, a najbliższy telefon znajdował się u sąsiadów, kilka domów dalej. Matka otworzyła okno i zaczęła krzyczeć ile tylko miała sił w płucach o pomoc. Znajomy z sąsiedztwa przybiegł czym prędzej, po czym widząc stan Marceliny popędził po swoją żonę, z zawodu pielęgniarkę, która szczęśliwie akurat przebywała w domu. Pielęgniarka zjawiła się po paru minutach, szybko rozpoznała, że Marcelina przestała oddychać, więc rozpoczęła standardowe czynności ratujące życie. Jej mąż tymczasem pobiegł do sąsiadów posiadających telefon, celem wezwania pogotowia. Matka Marceliny stała jak zamurowana nie rozumiejąc co się dzieje. To była zdecydowanie najtrudniejsza chwila w jej życiu. Ale najgorsze miało dopiero nastąpić. Na ambulans nie trzeba było bardzo długo czekać, jednak stan Marceliny był już wtedy bardzo zły. Dziewczynka co najmniej od godziny nie oddychała, co nie wróżyło niczego pozytywnego. Zmarła zaraz po przewiezieniu do szpitala, lekarze nie potrafili w tamtym czasie wskazać przyczyny, po latach znajomy lekarz wyjawił matce Marceliny, że najprawdopodobniej przyczyną zgonu stał się wstrząs anafilaktyczny będącą pokłosiem reakcji alergicznej na jeden ze składników antybiotyku. Do przeżycia wystarczył zastrzyk adrenaliny, niestety załoga karetki najwyraźniej nie zdawała sobie z tego sprawy, a Marcelina nie zdołała dotrwać drogi do szpitala. Trudno stwierdzić dlaczego reakcja alergiczna wystąpiła akurat w tym momencie i dlaczego przybrała aż tak wstrząsający scenariusz. Dla rodziny załamał się świat. Marcelina była jedynaczką, ukochaną córką. Przemiłą nastolatką z wieloma marzeniami i planami na przyszłość. Zawsze aktywna, wesoła, stanowiła wsparcie dla swych rodziców, którym często ciężko było związać koniec z końcem. A teraz jeszcze spotkała ich tak traumatyczna sytuacja. Serce krajało się wszystkim bliskim, ale również sąsiadom i obcym. Na pogrzeb Marceliny przybyło kilkaset osób, lokalne media nagłośniły tragedię rodzinną, przez co wielu obcych ludzi przyszło pożegnać dziewczynkę, ze względu na to, iż czuli ogromne współczucie dla nieszczęścia bliźniego.

Kiedy nastał wieczór w domu Marceliny byli jej rodzice i najbliżsi krewni. Siedzieli w kuchni, w której zaledwie kilkanaście dni wcześniej zdarzyła się niewyobrażalna tragedia (pogrzeb odbył się kilkanaście dni po śmierci, gdyż czynności związane z sekcją zwłok dość długo trwały) popijając herbatę i ze smutkiem wspominając cudowną dziewczynę, której hałaśliwej bytności niezmiernie brakowało teraz w domu. Cisza była wręcz przytłaczająca. W pewnym momencie zdarzyło się jednak coś, co usłyszeli wszyscy znajdujący się w kuchni (11 osób), jednak nikt do dziś nie potrafi wytłumaczyć jak było to możliwe. Tak jakby ulegli zbiorowej halucynacji. W pewnym momencie wyraźnie słyszalny dla wszystkich stał się jęk otwieranych drzwi w pokoju Marceliny. Te drzwi dziewczynka otwierała w ten sam sposób każdego dnia, słychać było zgrzyt nienaoliwionych zawiasów, następnie głośny trzask będący wynikiem ich pospiesznego zatrzaśnięcia. I tym razem tak jak każdego dnia, gdy Marcelina jeszcze żyła, słychać było stukot jej dziewczęcych nóżek po starych drewnianych schodach. Wszyscy odruchowo wybiegli na korytarz z nadzieją, że zobaczą tam uśmiechniętą twarz nastolatki, jednak w korytarzu panowała zupełna ciemność i grobowa cisza. Wtedy mama Marceliny zaczęła szlochać, że jej córka przyszła się z nimi pożegnać. Słyszałam wiele razy tą historię od wszystkich jej uczestników i każdy opowiadał ją dokładnie w ten sam sposób. Nie sądzę by było to rezultatem jakiejś tajemnej zmowy, zwłaszcza, że trudno byłoby każdemu tak szczegółowo zapamiętać ten moment i trzymać się tej wersji przez kolejne długie lata. Zawsze przechodzi mnie dreszcz przerażenia, gdy myślę o tym zdarzeniu i dziwi mnie niezmiernie, że nikt tego wieczoru się nie bał tej nadzwyczajnej sytuacji, zresztą każdy opowiadał ją z zupełnym spokojem i przedstawiał ją tak jakby była zupełnie naturalna. Mi to jednak wciąż nie daje spokoju. Skoro bowiem zmarli mogą przyjść się pożegnać, to dokąd zmierzają dalej i jak to w ogóle jest możliwe, że po śmierci przychodzą? Może to nasz mózg wyzwala takie dziwne reakcje w odpowiedzi na smutek po stracie bliskiego? Tylko co wtedy jeśli dzieje się taka sytuacja w większym gronie, tak jak pisałam wcześniej czy jest to rodzaj zbiorowej halucynacji czy może coś zupełnie innego…?

Najlepsza przyjaciółka

Janina pracuje w zawodzie pielęgniarki na oddziale intensywnej terapii od wielu lat. Często ma do czynienia z czyjąś śmiercią, przez co sprawia wrażenie osoby znieczulonej i nie przykładającej wielkiej wagi do kwestii umierania. Jednak często wspomina historię, która przytrafiła się jej, gdy uczęszczała jeszcze do liceum medycznego …

W ostatniej klasie młoda Janina wraz ze swoją przyjaciółką Ewą przygotowywały się już do egzaminów końcowych myślami krążąc już przy wymarzonym zawodzie pielęgniarki. Dziewczyny spędzały ze sobą sporo czasu, można rzec – były nierozłączne. Nie miały przed sobą żadnych tajemnic, często odwiedzały się w swoich domach i plotkowały długimi wieczorami o chłopcach, planach na przyszłość czy chęci wspólnego podjęcia pracy w tym samym szpitalu. Janina zawsze miała nieco pesymistyczne nastawienie, była bardziej kłótliwa, choć z wyglądu śliczna i niewinna – blondynka o pięknych niebieskich oczach, to jednak coś w jej osobowości było takiego delikatnie mówiąc odpychającego (sama tak przyznaje po latach), przez co to właśnie niepozorna brunetka Ewa, z krótką, pozostawioną w wiecznym nieładzie fryzurką cieszyła się ogromnym zainteresowaniem chłopców, czego Janina jej po cichu zazdrościła. Ewa była jak w czepku urodzona, wszystko jej wychodziło, miała najlepsze oceny, najprzystojniejszego chłopca, bardzo opiekuńczych, dobrze sytuowanych rodziców. Janina czasem czuła się przy koleżance jak szara mysz, której wiecznie brakowało pieniędzy, rodzice jej nie rozumieli i wszystkiego jej zakazywali i ile by się nie uczyła, to Ewa spędzająca dużo czasu na balach, prywatkach czy ogniskach i tak była od niej bystrzejsza. Janina twierdzi, że w jej przyjaciółce tliła się tak ogromna pasja życia, że zdawała się osobą skazaną na sukces…

Wszystko jednak przekreśliła jedna noc, której Janina nie zapomni do końca życia. Było to początkiem wiosny, więc pomimo lekkiego ocieplenia w dzień, noce były jeszcze przejmująco chłodne. Janina pamięta, że zbudził ją jakiś nieopisany niepokój. Czuła, jakby coś złego się stało, ale nie potrafiła zrozumieć, co to mogło być. Pomimo chłodu, czuła, że jest cała spocona, rozpalona, a dreszcze przejmowały jej ciało, zaczęła się obawiać, że być może jest na coś chora. Wstała z łóżka z zamiarem napicia się wody, przeszła przez swój pokój, by następnie otworzyć drzwi i przejść na korytarz. Swój pokój przemierzyła poprzez ciemność, ale na korytarzu o dziwo ktoś pozostawił zapalone światło. Żeby dojść do kuchni należało zejść po schodach piętro niżej (Janina mieszkała wraz z rodzicami w piętrowym, starym poniemieckim domu), jednak, gdy dziewczyna skierowała swe kroki w kierunku schodów, zdała sobie sprawę, że ktoś na nich siedzi. To była jej przyjaciółka Ewa, gdy zauważyła Janinę, uśmiechnęła się i ręką wskazała miejsce obok siebie. Janina przysiadła na schodach obok przyjaciółki, zupełnie nie mogąc zrozumieć co tamta robi u niej w domu w długiej koszuli nocnej i bez butów, o nocy nie wspominając.

Zapytała:

-Skąd Ty się tu Ewa wzięłaś?!- tamta uśmiechnęła się promiennie, Janina twierdzi, że ten uśmiech koleżanki zapamięta do końca życia, gdyż był tak radosny i ciepły, jak nigdy wcześniej.

-Przyszłam się z Tobą pożegnać – odpowiedziała, bardzo spokojnie i bez śladów rozpaczy w głosie. Janina pamięta szczegółowo tylko ten fragment rozmowy, potem ich rozmowa przebiegała, ponoć tak, jak zwykle, gdy się spotykały, czyli mówiły o szkole, o swojej przyjaźni, o chłopcach. Miła pogawędka sprawiła, że Janina zupełnie zapomniała o dziwnych okolicznościach spotkania. W końcu dziewczyny się rozstały, Janina pamięta, że na pożegnanie Ewa delikatnie pocałowała ją w policzek i zeszła po schodach, jakby nigdy nic.

Następnego dnia rankiem sąsiad przyniósł tragiczną wiadomość, że Ewa koleżanka Janiny zginęła w wypadku dzień wcześniej w godzinach wieczornych. Jechała ze swoim chłopcem na motorze i nieszczęśliwie się złożyło, że ów stracił panowanie nad pojazdem, w momencie przekraczania starego drewnianego mostku. Ewa przeleciała prze barierkę, zginęła na miejscu w momencie uderzenia głową o kamień. Jej chłopak, długo walczył o życie i z wypadku wyszedł obronna ręką, ale nie tylko stracił w nim najbliższą osobę, ale również zdrowie, gdyż wymagał wielu lat rehabilitacji by dojść do całkowitej sprawności. Janina często odwiedza grób Ewy, nie może zrozumieć tego co zdarzyło się tej pamiętnej nocy. Jak Ewa mogła przyjść do niej skoro nie żyła? Janina powiedziała mi, że często w modlitwach pytała Ewy, jak to się stało, że tamta do niej przyszła, ale nigdy nie uzyskała odpowiedzi. Tak jakby Ewie było dane tylko raz się pożegnać, a potem gdzieś odeszła, przepadła, nie dając więcej znaków swojej bytności. Zastanawiałyśmy się z Janiną, czy spotkanie o którym opowiada nie było przypadkiem zwyczajnym snem, wiele na to wskazuje, choć Janina twierdzi, że wszystko było bardzo namacalne i realne. Dziwi ją też to, że tak doskonale zapamiętała to zdarzenie, zwłaszcza jeśli było snem, gdyż wiele snów miała w życiu, a tylko ten pamięta tak szczegółowo. Doszłyśmy do wniosku, że nawet jeśli był to sen, a nie realne spotkanie, to i tak, było to bardzo tajemnicze i zupełnie wykraczające poza ramy racjonalności. Przecież w żaden sposób Janina nie mogła wiedzieć wcześniej o śmierci Ewy, skąd więc te przeczucia i sen o pożegnaniu? Oczywiście, wzięłam też pod uwagę opcję, że Janina mogła mnie okłamać, zdaje mi się to jednak mało prawdopodobne, gdyż historię tą opowiadała mi zarówno gdy byłam dzieckiem (Janina jest moją ciocią), jak również, teraz gdy jestem dorosłą kobietą. Musiałaby być bardzo wytrawnym kłamcą, gdyż utrzymywanie, że wymyślona historia zdarzyła się naprawdę nie jest łatwe i trudno zrozumieć jaki mogłoby mieć sens. Wierzę mojej cioci, choć przez te wszystkie lata przeżyła wiele innych tragicznych momentów, nigdy nie zapomniała Ewy i tej dziwnej nocy. Wciąż nosi zdjęcie tragicznie zmarłej w portfelu i często zastanawiamy się wspólnie dokąd po pożegnaniu z ciocią Ewa się udała…?