Rodzinny dramat

Marcelina miała zaledwie 15 lat, gdy pewnego lata wraz z matką udała się do pobliskiego miasteczka celem wizyty lekarskiej ze względu na utrzymujące się złe samopoczucie i podwyższoną temperaturę. Sytuacja zdarzyła się w połowie lat 80-tych, były to czasy, dla współczesnych nieco już abstrakcyjne, gdyż ludzie nie mieli jeszcze dostępu do nowoczesnej technologii, a posiadanie telefonu stacjonarnego, zwłaszcza na wsi, było szczytem możliwości komunikacyjnych (posiadali go nieliczni). Lekarz podejrzewał, że dziewczynce dolega grypa i przepisał bardzo popularny antybiotyk. Po wyjściu od lekarza, tak jak zwykle w takiej sytuacji, obie z mamą udały się do pobliskiej apteki i zakupiły wskazany medykament. Następnie dotarły na przystanek autobusowy, celem powrotu do swojego domu oddalonego od miasta o jakieś 10 kilometrów. Po powrocie do domu zażyła tabletkę i zgodnie z poleceniem lekarza udała się do łóżka by wypocząć. Mama Marceliny w tym czasie zajęła się obowiązkami domowymi nie przeczuwając żadnych przykrych zdarzeń. Po upływie mniej więcej pół godziny czasu od zażycia leku Marcelina poczuła, że coraz dziwniej się czuje, z trudem łapała oddech i zaczęła czuć dziwny ucisk w klatce piersiowej. Postanowiła wstać z łóżka i czym prędzej powiedzieć o tym mamie. Zeszła z trudem po schodach, nie mogąc zupełnie już złapać tchu – wchodząc do kuchni, nie była już w stanie wymówić choćby słowa. Na oczach matki upadła na podłogę, zaczęła się dusić, dostała drgawek, w okolicach warg i języka widać było spory obrzęk. Matka Marceliny była przerażona, nie miała zupełnie pojęcia co robić, jej mąż był wtedy w pracy, a najbliższy telefon znajdował się u sąsiadów, kilka domów dalej. Matka otworzyła okno i zaczęła krzyczeć ile tylko miała sił w płucach o pomoc. Znajomy z sąsiedztwa przybiegł czym prędzej, po czym widząc stan Marceliny popędził po swoją żonę, z zawodu pielęgniarkę, która szczęśliwie akurat przebywała w domu. Pielęgniarka zjawiła się po paru minutach, szybko rozpoznała, że Marcelina przestała oddychać, więc rozpoczęła standardowe czynności ratujące życie. Jej mąż tymczasem pobiegł do sąsiadów posiadających telefon, celem wezwania pogotowia. Matka Marceliny stała jak zamurowana nie rozumiejąc co się dzieje. To była zdecydowanie najtrudniejsza chwila w jej życiu. Ale najgorsze miało dopiero nastąpić. Na ambulans nie trzeba było bardzo długo czekać, jednak stan Marceliny był już wtedy bardzo zły. Dziewczynka co najmniej od godziny nie oddychała, co nie wróżyło niczego pozytywnego. Zmarła zaraz po przewiezieniu do szpitala, lekarze nie potrafili w tamtym czasie wskazać przyczyny, po latach znajomy lekarz wyjawił matce Marceliny, że najprawdopodobniej przyczyną zgonu stał się wstrząs anafilaktyczny będącą pokłosiem reakcji alergicznej na jeden ze składników antybiotyku. Do przeżycia wystarczył zastrzyk adrenaliny, niestety załoga karetki najwyraźniej nie zdawała sobie z tego sprawy, a Marcelina nie zdołała dotrwać drogi do szpitala. Trudno stwierdzić dlaczego reakcja alergiczna wystąpiła akurat w tym momencie i dlaczego przybrała aż tak wstrząsający scenariusz. Dla rodziny załamał się świat. Marcelina była jedynaczką, ukochaną córką. Przemiłą nastolatką z wieloma marzeniami i planami na przyszłość. Zawsze aktywna, wesoła, stanowiła wsparcie dla swych rodziców, którym często ciężko było związać koniec z końcem. A teraz jeszcze spotkała ich tak traumatyczna sytuacja. Serce krajało się wszystkim bliskim, ale również sąsiadom i obcym. Na pogrzeb Marceliny przybyło kilkaset osób, lokalne media nagłośniły tragedię rodzinną, przez co wielu obcych ludzi przyszło pożegnać dziewczynkę, ze względu na to, iż czuli ogromne współczucie dla nieszczęścia bliźniego.

Kiedy nastał wieczór w domu Marceliny byli jej rodzice i najbliżsi krewni. Siedzieli w kuchni, w której zaledwie kilkanaście dni wcześniej zdarzyła się niewyobrażalna tragedia (pogrzeb odbył się kilkanaście dni po śmierci, gdyż czynności związane z sekcją zwłok dość długo trwały) popijając herbatę i ze smutkiem wspominając cudowną dziewczynę, której hałaśliwej bytności niezmiernie brakowało teraz w domu. Cisza była wręcz przytłaczająca. W pewnym momencie zdarzyło się jednak coś, co usłyszeli wszyscy znajdujący się w kuchni (11 osób), jednak nikt do dziś nie potrafi wytłumaczyć jak było to możliwe. Tak jakby ulegli zbiorowej halucynacji. W pewnym momencie wyraźnie słyszalny dla wszystkich stał się jęk otwieranych drzwi w pokoju Marceliny. Te drzwi dziewczynka otwierała w ten sam sposób każdego dnia, słychać było zgrzyt nienaoliwionych zawiasów, następnie głośny trzask będący wynikiem ich pospiesznego zatrzaśnięcia. I tym razem tak jak każdego dnia, gdy Marcelina jeszcze żyła, słychać było stukot jej dziewczęcych nóżek po starych drewnianych schodach. Wszyscy odruchowo wybiegli na korytarz z nadzieją, że zobaczą tam uśmiechniętą twarz nastolatki, jednak w korytarzu panowała zupełna ciemność i grobowa cisza. Wtedy mama Marceliny zaczęła szlochać, że jej córka przyszła się z nimi pożegnać. Słyszałam wiele razy tą historię od wszystkich jej uczestników i każdy opowiadał ją dokładnie w ten sam sposób. Nie sądzę by było to rezultatem jakiejś tajemnej zmowy, zwłaszcza, że trudno byłoby każdemu tak szczegółowo zapamiętać ten moment i trzymać się tej wersji przez kolejne długie lata. Zawsze przechodzi mnie dreszcz przerażenia, gdy myślę o tym zdarzeniu i dziwi mnie niezmiernie, że nikt tego wieczoru się nie bał tej nadzwyczajnej sytuacji, zresztą każdy opowiadał ją z zupełnym spokojem i przedstawiał ją tak jakby była zupełnie naturalna. Mi to jednak wciąż nie daje spokoju. Skoro bowiem zmarli mogą przyjść się pożegnać, to dokąd zmierzają dalej i jak to w ogóle jest możliwe, że po śmierci przychodzą? Może to nasz mózg wyzwala takie dziwne reakcje w odpowiedzi na smutek po stracie bliskiego? Tylko co wtedy jeśli dzieje się taka sytuacja w większym gronie, tak jak pisałam wcześniej czy jest to rodzaj zbiorowej halucynacji czy może coś zupełnie innego…?